Potencjalnie niebezpieczna dzielnica chińska Kuala Lumpur Czyli o tym jak zrobiłam użytek z kursu samoobrony

Po ukończeniu kursu norkowania na Koh Tao zostały mi tylko dwa dni do upływu ważności mojej tajskiej wizy, a ja ciągle nie miałam pomysłu na to, gdzie dalej jechać. Miałam w głowie kompletną pustkę i, szczerze mówiąc, nie miałam ochoty na kolejny kraj w południowo-wschodniej Azi. Czułam się totalnie wypalona. Miałam wrażenie, że żadna świątynia, żaden wodospad, żadne nowe danie, żaden krajobraz nie jest już w stanie zrobić na mnie wrażenia. Widziałam już wszystko. Niestety nie miałam zbyt wielkiego wyboru. Nie chciałam jeszcze wracać do domu i nie miałam już czasu aplikować o wizę, więc w grę wchodziły tylko kraje, do których jej nie potrzebowałam. W końcu zdecydowałam się wyjechać do Malezji – tajemniczej sąsiadki Tajlandii gdzie mogłam zostać przed 90 dni bez konieczności aplikowania o wizę. Brzmi całkiem nieźle, prawda? Zarezerwowałam lot i kilka dni później wylądowałam na lotnisku w Kuala Lumpur, odbywszy oficjalnie najgorszą, jak do tej pory, podróż podczas całej mojej wyprawy. Była tak długa i tyle rzeczy poszło nie tak, że zasługuje ona na swój własny wpis, więc czekajcie cierpliwie.

Wieczorna panorama Kuala Lumpur

Wieczorna panorama Kuala Lumpur

Plan był prosty – znaleźć jakiś przyjemny hostel i odpocząć przez jakiś czas, dopóki nie wymyślę co dalej robić. Zwykle nie rezerwuję pokoju wcześniej, ale tym razem chciałam zatrzymać się w jakimś miejscu z prawdziwie backpackerską atmosferą. Spędziłam sporo czasu przeszukując internet aby odpowiednie miejsce i w końcu się udało – moja idealna miejscówka z milionem gwiazdek w rankingach stron internetowych do rezerwacji hoteli. Niestety, szybko okazało się, że te gwiazdki musiały być chyba przyznane przez samych właścicieli, bo atmosfera w tym miejscu była raczej grobowa. Poza tym łożka skrzypiały, poduszka była twarda jak skała, a wszystko razem po prostu mnie nie zachwyciło. Cóż, zdaje się, że niewiele rzeczy było w stanie mnie zachwycić w tamtym czasie. Tak czy inaczej, następnego dnia przeniosłam się do innego hostelu i zdawało się, że od tej pory wszystko zacznie się układać. W końcu mogłam odpocząć i spróbować pomyśleć nad tym, co dalej robić. Dni jednak mijały, a ja ciągle nie miałam żadnego pomysłu. Większość czasu spędzałam w pokoju, oglądając filmy. Wychodziłam z niego tylko po jedzenie.

Zatłoczone uliczki w dzielnicy chińskiej Kuala Lumpur

Zatłoczone uliczki w dzielnicy chińskiej Kuala Lumpur. Fot. Wikimedia commons, McKay Savage

Pewnego dnia, jak zwykle, wybrałam się do chińskiej dzielnicy Kuala Lumpur aby zjeść coś zanim zrobi się ciemno. Jak zwykle też musiałam przejść przez kładkę nad glówną ulicą przed moim hostelem. Zawsze siedziało tam kilku miejscowych bezdomnych, paląc papierosy i rzucając jakieś komentarze do przechodniów po malajsku. Minęłam ich jak najszybciej mogłam, udając, że mnie wcale tam nie ma. Idąc ulicą w stronę targu ciągle słyszałam jakieś dziwne odgłosy, jakby ktoś pogwizdywał i krzyczał coś niezrozumiale i raczej bez sensu. W otaczającym mnie tłumie nie mogłam jednak zlokalizować źródła tych dźwięków. Przed samym wejściem na targ zatrzymałam się na przejściu dla pieszych, a jeden z mężczyzn, ktorych widziałam na kładce stanął zaraz za mną i zapytał skąd jestem i czy chcę z nim iść. Odpowiedziałam, że nie i odeszłam szybkim krokiem. On czym prędzej wyruszył za mną, kontynuując gwizdy i komentarze, których i tak nie rozumiałam. Zatrzymałam się więc przy kilku stoiskach, majac nadzieję, że się znudzi i odejdzie. On jednak za każdym razem zatrzymywał się przy stoisku obok i obserwował mnie kątem oka. Potem weszłam do supermarketu, ale on cierpliwie czekał na mnie na zewnątrz. Czasami znikał na kilka chwil z mojego pola widzenia żeby później wyskoczyć tuż przede mną zza rogu. W końcu weszłam do kawiarni z zamiarem zostania tam tak długo aż mu się znudzi. On jednak usiadł na zewnątrz obserwując mnie bez przerwy. Czułam się bardzo niekofortowo i byłam coraz bardziej wystraszona.

Targ na ulicy Petaling w dzielnicy chińskiej Kuala Lumpur. Fot. Wikimedia commons, Azreey

Targ na ulicy Petaling w dzielnicy chińskiej Kuala Lumpur. Fot. Wikimedia commons, Azreey

Próbując wymyśleć jak, w miarę bezpiecznie, wybrnąć z tej sytuacji, przypomniała mi się jedna z lekcji kursu samoobrony, na który wybrałam się jeszcze w Anglii. Wyszłam z kawiarni i wyruszyłam w stronę głównej i najbardziej zatłoczonej części targu Petaling. Wiedziałam, że mój prześladowca jest zaraz za mną. Dosłownie czułam jego oddech na plecach. Upewniłam się, że jestem otoczona odpowiednią ilością osób, odwróciłam się, wskazałam na niego palcem i głośno powiedziałam: “Idź stąd! Odwróć się i odejdź! Wiem, że mnie śledzisz i nie podoba mi się to!”

Wszystko dookoła nagle się zatrzymało. Ludzie najpierw patrzyli na mnie, a zaraz potem na mężczyznę, którego wskazywałam palcem. On też się zatrzymał, niemal w pół kroku, a na jego twarzy malowało się zaskoczenie. Zrobiłam krok do przodu i jeszcze raz powiedziałam: “Chcę żebyś sobie poszedł!”, patrząc mu prosto w oczy. Zrobił krok w tył. Lokalni handlarze wyszli zza swich stoisk żeby zobaczyć co się dzieje. Nagle uświadomiłam sobie, że za moimi plecami zebrał się mały tłum mimo, że nie spuszczałam oczu ze swojego prześladowcy. Wszyscy patrzyliśmy na niego oczekując jakiejś reakcji. On zrobił jeszcze jeden krok w tył i zatrzymał się. Chwilę później odwrócił się i uciekł. Opuściłam więc rękę, wzięłam głęboki oddech i rzuciłam się biegiem w stronę hostelu. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę jak bardzo byłam przestraszona. Przez resztę dnia nie wytknęłam nawet nosa z pokoju.

Targ w dzielnicy chińskiej Kuala Lumpur w godzinach porannych. Fot. Wikimedia commons by McKay Savage

Targ w dzielnicy chińskiej Kuala Lumpur w godzinach porannych. Fot. Wikimedia commons by McKay Savage

Tego popołudnia stało się jasne, że nie lubię Kuala Lumpur. W akcie desperacji, próbując jak najszybciej stamtąd wyjechać zarejestrowałam się na Helpex.net – popularnej stronie internetowej z ogłoszeniami wolontariatów – i odpowiedziałam na wszystkie interesujące oferty wolontariatu. Szukałam miejsca, gdzie mogłabym zatrzymać sie na kilka tygodni i stać się trochę mniej anonimowa, a trochę bardziej miejscowa. Odpowiedź przyszła następnego poranka. Właścicielka hostelu w Ipoh chciała abym zaczęłam najszybciej jak to możliwe. Zgodziłam się, nie sprawdzając nawet gdzie tak naprawdę znajduję się to tajemnicze miasteczko. Następnego dnia wsiadłam do pociągu i wyruszyłam do miejsca, które miało stać się moim nowym domem na kilka najbliższych tygodni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.